,,Ławka " cz.4

   -Nie spodziewałem się, że tak szybko zostanę tatą.- oznajmił Henry, nie puszczając mnie.
-Czyli się nie cieszysz.-opuściłam ręce ze smutku, bo nie wiedziałam czy Henry się cieszy, czy raczej jest przestraszony.

-A kto tak powiedział.- obrócił mnie w swoją stronę i popatrzył prosto w oczy.- Teraz to jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.- uśmiechnął się, po czym obdarował mnie czułym pocałunkiem w usta.
Niestety moja mama zareagowała na wiadomość o ciąży inaczej niż Henry. Gdy do niej zadzwoniłam przez słuchawkę telefonu zaczęła prawić mi wykład, że jesteśmy na to za młodzi, że nie poradzimy sobie z odpowiedzialnością jaką wiąże ze sobą dziecko. Ja miałam gdzieś to co mówiła. Odłożyłam telefon na stół, a gdy mama skończyła krzyczeć do niego i się trochę uspokoiła znowu podniosłam go do ucha.

-Możesz mówić sobie co chcesz, ale pokaże ci, że damy sobie radę.-powiedziałam to z takim przekonaniem, że nawet sama w to uwierzyłam. Po tym się rozłączyłam. Miałam przy sobie Henrego, a gdy on był blisko o nic się nie martwiłam. Nie bałam się odpowiedzialności, ani nie uważałam, że jesteśmy za młodzi. Mama się myliła.

Po kilku dniach Henry wprowadził się do mnie. Cieszyłam się z tego powodu. Teraz nie musiałam jeździć do niego, żeby się z nim spotkać, miałam go na wyciągnięcie ręki. On zresztą też nie musiał jechać na drugi koniec miasta, aby się ze mną zobaczyć. Wszystko było idealnie. Mieszkaliśmy razem, za parę miesięcy na świat miało przyjść nasze dziecko, byliśmy szczęśliwi.

Każdego ranka gdy się budziłam widziałam twarz Henrego przed sobą. Witał mnie ciepłym uśmiechem i jeszcze
cieplejszym pocałunkiem. Co miesiąc chodziliśmy na USG i za każdym razem widziałam, że Henry jest bardzo
podekscytowany. Miesiące mijały i z każdym kolejnym brzuszek mi się powiększał dając znać, że dziecko rozwija się prawidłowo.

Niestety nasze szczęście nie potrwało długo.

Wracaliśmy wieczorem do domu, było ciemno i nagle ktoś z ogromną siłą szarpnął moją ręką próbując wyrwać mi z niej torebkę. Broniłam się jak tylko mogłam, ale w jednej chwili poczułam przeszywający ból w okolicach brzucha. Napastnik wbił mi nóż między żebra. Henry w tym samym momencie doskoczył do mnie i ochronił swoim ciałem. Upadłam na ziemię. Chciałam się ruszyć i go obronić, chciałam wołać o pomoc, ale z mojego gardła wydobył się tylko cichy jęk. Starałam się ze wszystkich sił, ale mi to nie wychodziło, zobaczyłam tylko jak Henry obraca się w moją stronę i prawie szeptem mówi „ Kocham Cię''

Dalej nic nie pamiętam, bo straciłam przytomność.

Obudziłam się dopiero po dwóch dniach w szpitalu.

-W końcu się pani obudziła.- przywitała mnie lekarka ze sztucznym uśmiechem na twarzy.- Miała pani szczęście, ale...dziecka nie udało nam się uratować.- lekarka nie była w stanie spojrzeć mi w oczy, jej słowa dotarły do mnie dopiero po kilku sekundach. Oczy zaszły mi łzami i zapiekło mnie w gardle.

-A co z Henrym?- zapytałam z niepokojem.- Gdzie on jest?- zaczęłam się rozglądać po sali. Chciałam wstać, ale bandaże na brzuchu uniemożliwiły mi to.

Na moje pytanie lekarka opuściła wzrok, jakby nie chcąc, mnie bardziej smucić, ale właśnie cisza spowodowała, że się rozpłakałam, mogłaby chociaż powiedzieć mi to wprost, a nie unikać odpowiedzi.
W tak krótkim czasie straciłam dwie, najważniejsze osoby w moim życiu. Henrego i moje dziecko, moje dwa skarby. Myślałam, że życie mi się w końcu ułoży, ale się grubo myliłam. Zostałam sama w sali, bo lekarka opuściła pokój, gdy na nią nakrzyczałam. Ból, który czułam w sercu był nie do zniesienia. Schowałam głowę w poduszkę i zaczęłam płakać, zresztą całą noc tak płakałam. Rano obudziłam się z obolałym gardłem i czerwonymi oczami oraz policzkami.
Przeleżałam cały dzień wpatrując się w okno.

Pielęgniarki nie wchodziły do mnie, ponieważ parę razy na nie nawrzeszczałam. Moja mama nie przyjechała, bo nie podałam im do niej numeru. Nie chciałam żeby wpadła w panikę, lepiej jak sama jej opowiem co się stało, zresztą co ją to będzie obchodzić. Jak dowiedziała się, że jestem w ciąży, nakrzyczała na mnie.

Następnego dnia wieczorem po zrobieniu wszystkich badań kontrolnych, na własne życzenie wypisałam się ze szpitala. Przed wyjściem pytali mnie jeszcze czy nie chciałabym porozmawiać z psychologiem, ale ja stanowczo odmówiłam. Nie potrzeba mi było o tym rozmawiać z obcą osobą.

Stanęłam przed drzwiami mojego mieszkania i powoli je otworzyłam. Brakowało mi Henrego, bez niego to mieszkanie było całkiem puste, po prostu puste. Co prawda często się kłóciliśmy, ale to były tylko błahostki. Łzy ciekły mi po policzkach i nie chciały przestać, miałam czerwone oczy i katar.

Nie przebrałam się, nie poszłam do łazienki. Poszłam do sypialni i zwinęłam się na łóżku w kulkę. Spojrzałam w stronę otwartej szafy, nadal wisiały tam rzeczy Henrego, a na półkach leżały nowe ubranka dla naszego dziecka.
Zapiekło mnie w gardle ze smutku. Jeszcze niedawno Henry spał tutaj razem ze mną,
przytulał, śpiewał do snu, a teraz już go nie ma, po prostu zniknął. Zapłakana, z czerwonymi policzkami oraz mokrymi od łez oczami, zasnęłam.

Obudziłam się dopiero gwałtownie w środku nocy.

Śnił mi się Henry. Mój Henry, trzymający na rękach nasze maleństwo.

Wstałam i poszłam do kuchni napić się trochę wody, ale nawet to nie pomogło mi ochłonąć. Cały czas miałam przed oczami obraz Henrego, a nasze zdjęcia na półkach jeszcze bardziej go wyostrzały.

Spojrzałam w stronę zegara na ścianie kuchni. Była 2:20.

Powlokłam się do łóżka i znowu położyłam się spać, ale z trudem mi to przyszło.

Obudziłam się ponownie o 4:30 i już nie dałam rady zasnąć, choć próbowałam. Usiadłam na sofie i włączyłam telewizor. Skakałam po kanałach, byleby zająć czymś myśli. Cały dzień spędziłam przed telewizorem na kanapie.

Obejrzałam jakiś horror, komedie, dramat i film fantastyczny.

Przez kolejny miesiąc brałam leki antydepresyjne, bo ta cała sytuacja wykańczała mnie i psychiczne i fizycznie. Nie mogłam jeść, ani pić, przez co dużo straciłam na wadze, stale byłam zmęczona, a przede wszystkim zaniedbywałam cukiernię. Gdy spacerowałam przez park widziałam jak stali goście cukierni zatrzymują się przed oknem i patrzą na napis ,,Zamknięte”, a potem zwieszają głowy ze smutku i odchodzą. Było mi żal z tego powodu, ale to miejsce przywoływało za dużo wspomnień. Nie było żadnych klientów, przez to, że zamknęłam cukiernię, dlatego pojawiły się problemy z regulowaniem czynszu. Miałam trochę oszczędności, ale wystarczyłyby tylko na jakieś trzy miesiące, a przecież musiałam mieć coś na życie. O pomoc zwróciłam się do mojego starszego brata, na niego zawsze mogłam liczyć. Adam miał własny biznes i zarabiał nie mało, dlatego zgodził się mi pomóc. Mojej mamy nawet nie chciałam prosić. Miała za dużo swoich problemów. W końcu nie wytrzymałam, spakowałam trochę swoich rzeczy i wróciłam do Polski. Przez cały lot trzymałam w ręku srebrny pierścionek, który podarował mi Henry dzień prze śmiercią. Na jego wewnętrznej stronie napisane było : „ Na zawsze H & K ''.

Lot do Polski był długi i wyczerpujący, dlatego gdy weszłam

do domu od razu położyłam się spać.

Następnego dnia opowiedziałam wszystko mamie.

Gdy dowiedziała się o wszystkim była smutna, a zarazem zła, że jej wcześniej nie powiedziałam, ale ja nie chciałam, żeby miała też moje problemy na głowie, przecież ma już dość swoich. Rozwód, problemy w pracy, a mój brat nie ułatwiał jej tego swoimi problemami w szkole.

Całe dnie spędzałam siedząc w swoim pokoju i tylko wychodziłam, gdy czegoś potrzebowałam, albo byłam głodna. W oczach mojej mamy widziałam troskę i żal, ale te emocje wydawały mi się sztuczne.

W głębi duszy czułam, że spadł jej kamień z serca, nawet nie próbowała tego ukrywać. Byłam zła na nią za to. Pod byle pretekstem wysyłała mnie do sklepu, albo na pocztę, wszystko po to żebym na chwilę wyszła z domu. Urządziła nawet zabawę sylwestrową w domu. Zaprosiła wszystkich moich przyjaciół, ale ja nie dawałam za wygraną i nawet na chwilę nie zeszłam. Starała się sprawić, abym zapomniała o wydarzeniach w Korei.
-Przynieść ci obiad?- zapytała. Po chwili usłyszałam dźwięk otwierających się drzwi. Mama zarzuciła mi ręce na ramiona i mocno przytuliła.
-Muszę tam wrócić i spakować ich rzeczy.- powiedziałam z głosem zachrypniętym od płaczu. Mama jeszcze mocniej mnie przytuliła i pocałowała w głowę.

-Teraz o tym nie myśl słoneczko, jeszcze masz dużo czasu na to.- jej smutny głos jeszcze bardziej mnie zdołował.

Nie chciałam jej tego robić, ale musiałam zrobić z tym porządek, dlatego w nocy spakowałam swoje rzeczy, pocałowałam śpiącą mamę w czoło i wyszłam.

Pojechałam prosto na lotnisko i po sześciomiesięcznym pobycie w Polsce, wróciłam z powrotem do Korei.

Po 20 godzinach lotu byłam na miejscu.

Otworzyłam drzwi mieszkania i od razu zaczęłam pakować ubrania Henrego i naszego dziecka do pudeł. Łzy spływały mi po policzkach, ale zignorowałam je z myślą, że gdy pozbędę się ich rzeczy, zapomnę o wszystkim co było. Zdenerwowałam się i z rozpaczy rzuciłam jednym pudłem o ścianę i rzecz Henrego rozsypały się po podłodze. Myślałam, że etap nieustannego płakania miałam za sobą, ale znowu się rozpłakałam, nie mogłam tego zrobić, nie jemu, nie Henremu i nie naszemu dziecku. Nie mogłam o nich od tak zapomnieć, jakby nigdy nie istnieli.

Poszłam do łazienki wziąć prysznic. W międzyczasie moja mama dzwoniła chyba z 10 razy, ale ja nie chciałam jeszcze z nią rozmawiać, a poza tym nie znalazłabym teraz dobrej wymówki na to, że wyjechałam bez słowa.

Wychodząc z łazienki podniosłam jedną z koszulek

Henrego. Pamiętam jak mu ją kupiłam, niebieska koszulka z napisem " I am awsome ". Założyłam ją na siebie, była trochę za duża, ale wciąż pachniała Henrym. Nie rozpłakałam się, nie chciałam już więcej płakać. Zasnęłam na sofie dopiero okół północy, ale co chwilę budziłam się, gdyż cały czas męczył mnie sen o Henrym.

Spałam do południa, a gdy wstałam, przebrałam tylko spodnie, założyłam buty i wyszłam na spacer.

Od czasu śmierci Henrego dawno nie byłam w parku.

To samo miejsce gdzie to wszystko się zaczęło i może miało się skończyć.

Miałam przy sobie, nie kawę, ale pudełko tabletek nasennych i kubek soku pomarańczowego. Nie wytrzymywałam już, chciałam być tam z nimi i nie przejmować się już niczym. Żadnych kłótni, łez, bólu.

Wstałam. Miałam zamiar pójść gdzieś daleko, gdzieś gdzie nigdy by mnie nie znaleźli, gdy nagle wpadłam na kogoś.

Poczułam, że koszulka Henrego robi się mokra od czegoś zimnego.

-Omo, b-bardzo cię przepraszam, j-ja nie chciałem, zamyśliłem się i, i cię nie zauważyłem.- przerażony chłopak zaczął się tłumaczyć. Spojrzałam na niego, był nawet całkiem przystojny. Ciemnobrązowe oczy świetnie kontrastowały z włosami o kolorze ciemnej czekolady. Był całkiem inny niż Henry. Przewyższał mnie o głowę. Moje metr sześćdziesiąt przy jego wzroście wydawało się jeszcze mniejsze niż przy Henrym. 



Chciałabym wiedzieć czy się Wam podoba i czy mam dalej pisać, proszę piszcie w komentarzach co sądzicie o tym.
                                                                        Dziękuję.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Noc naukowców :)